To pierwszy sezon, kiedy postanowiłam zasadzić swoje własne roślinki i hodować je od nasionka. Nieufna wobec ich możliwości rozkwitu, zakupiłam również sklepową bazylię, melisę, oregano i szczypiorek (który bardzo szybko padł), widoczne w doniczce numer trzy. Sklepowe zioła są bardzo nieodporne na warunki atmosferyczne, wystarczyło raz na chwilę wystawić je na słońce, żeby wszystkie powiędły. Niemniej, przesadziłam je już ok. dwa miesiące temu i ciągle jakoś tam funkcjonują, więc chyba nie są aż tak złe ;-) W pierwszej doniczce jest widoczny rozmaryn, który również przesadzałam ze sklepowej doniczki, ponieważ straciłam nadzieję na wyrośnięcie tego z nasionka... Ale o tym za chwilę...
W doniczce numer jeden rośnie roszponka i rukola. Jestem zaskoczona szczególnie rukolą, która wyrosłą szybką i jest już sporych rozmiarów, a sadziłam ją jakiś miesiąc temu, może troszkę więcej.
W doniczce numer dwa powoli wznoszą się cząber, tymianek i bazylia. Szczególnie ta ostatnia zaskakuje, ponieważ szybko wyglądem zbliża się do tej sklepowej. Cząber posadziłam na miejscu rozmarynu, który nie dawał oznak życia. Wielkie więc było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że pomiędzy wznoszącym się cząbrem jest również kilka gałązek (?) rozmarynu. Po prostu ta jedna roślinka potrzebuje więcej czasu niż inne. Ostatnia doniczka, czyli numer cztery to cebulka ;-)
A te urocze kubeczki na parapecie to wczorajszy zakup w Ikei (
klik). Fajna sprawa, bo w zestawie mamy kubeczki, wkład z ziemią i nasionka. Tylko ciekawa jestem, czy coś z tego wyrośnie... Ma ktoś może jakieś doświadczenia w tej kwestii?
A czy Wy hodujecie swoje własne ziółka...? ;)